Dziś 36 dzień cyklu. Nie wiem czy wcześniej pisałam, że jest on bezowulacyjny. Odczuwam to na każdym kroku. W sumie mogłabym zrobić ranking najbardziej dokuczliwych objawów cyklu bezowulacyjnego. Co by się w nim znalazło? Na pewno niemal ciągły ból piersi, pobolewania w podbrzuszu niewiadomego pochodzenia, zatrzymanie wody w organizmie (czuję się po prostu gruba!), trądzik. Jednak na samym jego szczycie znalazłby się niekwestionowany król cyklu bezowulacyjnego: PMS! I to nie taki kilkudniowy, jaki zwykle zdarza się przed @, ale przedłużający się nieznośnie i zmieniający mnie w zołzowatą flądrę. Nie lubię go najbardziej ze względu na to, że pozostałe objawy dotykają tylko mnie i radzę sobie z nimi jakoś (przyzwyczajając się), a PMS odczuwają osoby wokół mnie, a najbardziej mój mąż..
Żeby jednak nie było tak smutno, szaro i ponuro to powiem, że byłam ostatnio na wyjeździe służbowym z koleżankami z pracy. Było naprawdę miło, naśmiałam się po wsze czasy, piłam smaczne drineczki i nawet na chwilę udało mi się zapomnieć o problemach. Czasami potrzebne są takie odskocznie od rzeczywistości. W listopadzie będę miała jeszcze parę okazji do odskoczni, m.in. 30-tka mojego M., którą a propos muszę zacząć już powoli przygotowywać. :)
I tym dla odmiany miłym akcentem kończę na dziś.